środa, 24 grudnia 2014

Wigilia czyli Adam

Wigilia. Czas przygotować tradycyjne polskie potrawy, czyli rybę po grecku i śledzie po grecku. A później jeszcze bardziej tradycyjną sałatkę ziemniaczaną.
Co prawda mam już cokolwiek gotowe.
Ale i tak roboty będzie gość z zapiekanką na jutro, z boczkiem i dorszem, którą złamał nieoceniony Okrasa.
Czyli mnóstwo pracy, poza tym ważna data.
Także dla naszego narodu.
Gdyby na palcach jednej ręki wyliczać godnych Polaków, On by się pośród nich znalazł.
Z niego my wszyscy, ktoś mądrze powiedział.
Adam Mickiewicz.
Oczywiście za mały jestem by opowiadać o geniuszu. Lubię za to o Nim czytać. Szczególnie u Rymkiewicza, choć z Rymkiewicza to najbardziej cenię Wieszanie.
Skoro jednak nawiązuję do wielkiego literaturoznawcy, to wspomnę o pewnej sprawie, której ów nie wyjaśnił, a ja być może, wielkim przypadkiem, coś na ten temat wiem.
By do tego wyjaśniania przejść, muszę zacząć od ojca.
Trzeba wspomnieć, że to taki człowiek, na którego przykładzie jawnie można dowieść, że wszelka manipulacja medialna ma sens. Przekonać go wprawdzie trudno, ale wmówić, że wszyscy to psubraty, łatwiej. Sprawowanie władzy na tym wszak polega, by wspólnota nie powstawała, ona władzę może znieść, to lepiej by ludzie jeden na drugiego patrzyli wilkiem i opluwali się nawzajem. Dzisiejsze media w przeogromnej większości tak właśnie czynią. Ale czy nie są elementem władzy?
Mówiąc krótko mój ojciec jest raczej człowiekiem głupim. „Raczej” tylko dlatego, że to jednak mój ojciec. Nie wątpię, że w innym wypadku takich zastrzeżeń bym nie wysuwał.
To typ zdecydowanie na nie. Bezrefleksyjnie powtarzający telewizyjne „njusy”. Ale już nie kwestie mądre i refleksyjne, tylko te ładnie opakowane bluzgi, w sreberka, by dłużej się zachowywały. Jego wypowiedzi to dawanie fałszywego świadectwa.
Hurra! – wrzeszczy władza. – Będziemy rządzić wiecznie, wrogowie skłóceni.
Ale mimo wszystko od tego niezbyt mądrego człowieka czegoś się dowiedziałem.
Nie pamiętam czy zadałem takie pytanie, czy jakoś tak z kontekstu wynikło.
Idzie o świerzop.
Rymkiewicz zastanawia się nad tą roślinką.
Ojciec, który wyjeżdżał z ostatnią falą repatriacji, nie mieszkał wprawdzie w okolicach Nowogródka, ale tak myślę, że dorastając w tej swojej Wilkowni nazewnictwo odziedziczył wspólne.
Choć minęło sto lat.
Dobra, oto co mi powiedział o temacie tego wywodu:
- ziele kwitnące na żółto;
- podobne do rzepaku;
- posiadające drobne kwiatki;
- trzydzieści centymetrów wysokości;
- rosnące gęsto;
- zaorywane na nawóz – wtedy gdy zaczyna kwitnąć;
- nie siane, to odłóg;
- nawet bydło go nie jada;
- badyle;
- śmichy miejscowych: O, jaki gospodarz, świrypa zarosła jego pole.
Jak widać nazwa trochę inna, ale ja jednak myślę, że chodzi o to samo ziele, by nie rzec, że powszechny chwast. Nic nie wart, co mimo wszystko przeszedł do tradycji.
Dziw!


niedziela, 21 grudnia 2014

Stu dwudziestu krasnoludów


To stary pomysł sprzed ponad dwudziestu lat. Pierwotna wersje tzn. Dziedzictwo, które wtedy nazywało się inaczej i Stu dwudziestu krasnoludów, które dawną nazwę utrzymały, powstały jakoś tak w 1990, a może rok wcześniej. Albo rok później. Gdzieś mam to zapisane, ale to nie aż tak znowu przesadnie ważne, bym sprawdzał. To była całkiem inna wersja.
I zła.

Czemu?

Wtedy miałem niezachwiane przekonanie, że piszę po prostu świetnie, bo o bardzo ważnych sprawach, a kto tego nie widzi, ten głąb.
Nudziłem jak diabli.
Za wiele narratora, który był w stanie prześledzić ułamek myśli bohaterów, mnóstwo przemyśleń, niby takich głębokich, które powstawały z prędkością serii z karabinu maszynowego. I dygresje. Gorzej, bo dygresje od dygresji.
Po prostu pisałem za szybko.
Byłem w stanie wystukać siedem stron w ciągu godziny. I tak niekiedy się zdarzało. A należy zaznaczyć, że były to strony obszerniejsze niż typowe w edytorze tekstów z czcionką 12, do tego wtedy używałem maszyny, co wymaga nieco większego wysiłku niż klawiatura. Gdybym teraz tak pisał, to w ciągu godziny bębniłbym stron dwanaście.
Zgroza!
Nikt później nie dałby rady tego przeczytać.
Taki to wtedy był Naród Smoka, choć przypominam, nazywał się wtedy inaczej.

Przyjaciele go jednak zmogli. I o dziwo jedno wydawnictwo, które postanowiło to coś opublikować.
Na szczęście upadło.
Ze wstydu nie wylazłbym z mysiej dziury, mając tytuł bycia tegoż autorem. Gorąco mi się robi na samą myśl, zimno też.
Przesadzam oczywiście. Wiem, że to nie zostało wydane.
Choć mało brakowało.

Co oni w tym widzieli?
Pewien Autor znany i szanowany, który z tym wydawnictwem miał tyle wspólnego, że tam publikował (i chyba mu płacili, co raczej należało do wyjątków) coś tam skrobnął o moich wypocinach. Łaskawy się okazał mimo wszystko. Choć pisał o innej książce, takiej, w której nie mogłem zmienić ni przecinka, tak było wybitne
Długie z pewnością.
Żeby oprzeć się na konkretach, wspomnę, że znalazła się tam taka scena, w której była podnoszona i opuszczona łapa do ciosu.
Rozpisana na półtorej strony!
Bo się wstrzymywałem, wszak mógłbym na trzy.
Tego arcydzieła jednak ruszyć nie mogłem. Toż zbrodnia na literaturze! Zatem stanęło na ówczesnej wersji Narodu Smoka. Może za sprawą części trzeciej? Bo była nawet zabawna. Kiedy OGROMNYCH mądrości nie wykładałem. W większości jednak była napisana źle. Nawet po redakcjach. Wtedy wyobrażałem sobie Bóg wie co.
Ale On czuwał.
I wydawnictwo bardzo w porę splajtowało.
Poczynało sobie nazbyt ambitnie.
Swoją drogą taki upadek to widomy znak łaski bożej. Ba! Niemal dowód Jego istnienia. Naprawdę nie dopuścił do nieszczęścia.
Przez lata do tego tekstu nie zaglądałem. Ale skończyłem Gryfa i czasu mi nie brakło. Co robić? Nim jednak sięgnąłem do tej dawnej twórczości, przyszedł mi do głowy absurdalny obrazek. Początek Stu dwudziestu krasnoludów. Spisałem go, dopiero później przeczytałem dawny Naród Smoka. Ręce mi opadły, ale miałem już nad czym pracować. Co prawda po tym jak przeczytałem, to zęby mnie rozbolały i wątroba. Ale zmogłem się, Bóg łaskaw.
Zostawiłem kościec fabularny, wywaliłem idiotyczne głębokie przemyślenia, czyli te wszystkie dygresje, które były po prostu maszynotokiem, sporządziłem plan, określiłem bohaterów. I napisałem Dziedzictwo.
Tu należy odmienić, ze zrezygnowałem z pisania na komputerze. Za szybki jestem, niesie mnie na manowce. To żeby niosło mniej, piszę na kartkach. Odręcznie. Kartka to coś takiego, co zostaje złożone z formatu A4, wtedy powstają cztery stronice formatu A5. Nie rozcinam. Dopisuję oznaczenie. Musi się znaleźć, kartki mają to do siebie, że się mieszają. Sygnatura na czerwono na pierwszej stroniczce u góry z lewej np. SG-IV-4, co znaczy Serce Gryfa, rozdział czwarty, strona czwarta. Cierpliwie mażę te stronniczki. Samo tempo ręcznego pisania skutecznie strzeże przed błądzeniem po bezdrożach przypadkowych motywów.
W taki sposób w czerwcu 2013-ego naskrobałem Dziedzictwo. Oczywiście nie rozdział po rozdziale. Pierwszym zacząłem, później nastąpił trzeci, kończyłem drugim.
Podobną, choć wzbogaconą metodę zastosowałem w Stu dwudziestu krasnoludach, mając zamiar spisać historię w przeciągu półtora miesiąca. A co!
Ale Gryf wciąż nade mną wisiał. Umowa podpisana, redakcja ze strony wydawnictwa ma się rozpocząć. Nie rozpoczynała się, ale ja przygotowany byłem, nawet sam pewne wątki przerabiałem, zwykle coś tam dodając. Czekałem, inne rzeczy na tym cierpiały, zatem Stu dwudziestu krasnoludów zabrało mi o miesiąc więcej niżeli planowałem.
Pilnowałem narratora, im go mniej tym lepiej, dygresje nie będą się trafiały przesadnie. Ale bez samego narratora nie można, trzeba go stosować, choć z umiarem, ja używam go niemalże skąpo, wręcz często go ukrywam, pozwalając jego rolę pełnić bohaterom. Niech jedni opisują drugich, a najlepiej jak to czynią wydarzenia. Nudziarstwem jest mówienie że ten bohater był taki, a owy siaki, niech sami siebie pokażą w działaniu. Lecz w gruncie rzeczy idzie o to, by wszystko ze sobą zmieszać, z umiarem, by potrawy nie zepsuć. Zawsze to najtrudniejsza sztuka.
Ale widzę, że zaczynam objaśniać sprawy, na jakie światło należy rzucać z wielkim umiarem. O ile nie skąpo. Dlatego o nich dość.

Wspomniałem, że rozdziały nie powstały w porządku od pierwszego do ostatniego. Mało. Nie kończyłem rozdziału, a rozpoczynałem kolejny.
Taki tryb pracy ma nieliche wady.
Nie widać postępu, skoro całość rozgrzebana, co frustruje, bo robota trwa, a efektów ni widu ni słychu.
No i pogubić się można, bo mimo rozpisania fabuły, określenia bohaterów, zawsze objawi się jakaś niespodzianka, która sprawia, że pozostałe partie objawiają się trochę niespójne (Bardzo!).
Ale zalety przeważają.
Kiedy domyka się rozdziały, to od razu kilka, co przyprawia o trudny do opisania zastrzyk euforii.
No i klamry można stosować. Choć nie lubię tego określenia. Jakie bym wolał? Takie wzięte z Rozważnej i romantycznej. Ta romantyczna dzwoni po nocy, bo liścik naskrobała do kochanka. Przyzwany sługa staje w przekrzywionej peruce i patrzy z gorzką litością. No, ale miłość! Jak ona dzwoni? Sznurek, na jego końcu dzwonek, co odzywa się w kwaterze sługi, przez co cały dom nie musi się budzić. Lubię takie powiązania, kiedy w jednym miejscu się coś poruszy, zaś w drugim odezwie. Jakby to nazwać?
Może wcale nie trzeba? Po co od razu wszystko przerabiać na jednoznaczne widoczki, znaki? Niechże to pozostaną symbole, one tak cudownie wieloznaczne.
Im więcej umieszczę takich powiązań, tym bardziej się raduję, a metoda pisania w postaci rozgrzebanych kilku rozdziałów, sposób ten wybitnie ułatwia.
I wreszcie jest ciekawiej. Pewne wydarzenia zaskakują nawet mnie. Postaci chcą coś od siebie dodać, pojawi się jakiś drobiazg lub szczypta albo dwie humoru. Natrętnie odezwie się odmienna interpretacja. Świetnie! Doprawiona potrawa okazuje się zjadliwsza, a wszak chodzi właśnie o to, zaś pojawiające się niekonsekwencje to nie koniec świata. Redakcja autorska po to, by je przyciąć.
Oczywiście ten sposób pisania wymaga nawet nie czytania poprzedzającego fragmentu, co kilku. Z czasem zaczyna to dawać w kość. Trudno i tak zalety przewyższają wady.

Wspomniałem o redakcjach.
Pierwsza następuje podczas przepisywania tekstu do wersji elektronicznej.
W tym konkretnym wypadku wiedziałem, że będzie go sporo, to pisząc na karteczkach Stu dwudziestu krasnoludów równocześnie redagowałem na komputer poprzednią księgę. Podczas powstawania części trzeciej, taki los spotkał księgę drugą.
Trzeba tak było, inaczej bym się wykończył, bo od przepisywania plecy bolą.
Oczywiście nie przepisuje mechanicznie, wszak to redakcja. Coś tam usunę, więcej dodam. Często wiem co, wychodziłem niektóre pomysły i je pamiętam. Oto redakcja pierwsza.
Druga nastąpiła po tym jak już miałem na komputerze trzy księgi. Najpierw przeczytałem, co powstało. Poprawiłem, bo ile by pracy autor poświęcał własnemu tekstowi, to i tak wszystkich usterek nie wyłapie. Tak po prostu jest. Coś znowu dodawałem, niektóre wątki tego wymagały.
Dopiero później nastąpił wydruk.
Dla mnie,
Typowy na A4, dwunastką z odstępami na półtora.
Znowu długopis.
Coś skreśliłem, więcej dopisałem.
Po czym wklepanie poprawek i ponowne przeczytanie.
Mordęga. Na tym etapie mam już dość wszelkich opowieści. Kolej na męczenników czytelników.
A tu proszę, mimo włożonej pracy okazuje się, że takie Dziedzictwo padło ofiarą dążności do bycia niegołosłownym. Tak się zapędziłem w budowaniu konfliktu pomiędzy elfem a krasnoludem (bo oni muszą być cięci na siebie jak szerszenie), że całość uczyniłem niestrawną. Więc znowu powrót do określania bohaterów, rozpisywania fabuły.
Katorga.
A przecież i tak cały czas coś tam dodam, bo nawet małe elementy wydają się mieć podstawowe znaczenie i należy je dopracować.

Stu dwudziestu krasnoludów aż takich wielkich zmian nie wymagały, ale pewne wątki oczywiście przepracowałem, choć nie na tyle, by od razu je przenicowywać.

Ale, ale...

Truję!

sobota, 13 grudnia 2014

Tekst na 13 grudnia i kolejna część Narodu Smoka

Rocznica.
Należy coś napisać, by ten dzień nie wspominać tylko przez perspektywę pewnego szmatławego zaprzańca w spawarkach. Służalczego sprzedawczyka, którego najlepiej opisują dwa wydarzenia z jego życia. pierwsze jak to stał pod kościołem, gdzie odprawiana była msza pogrzebowa jego matki. On ateista nie wszedł do środka. Powiedziałby ktoś – słusznie.
Błąd. Ateista nie wierzy. Ma się bać kilku kropel wody święconej? Nawet taki mierny prezydent jak słabeusz dotknięty chorobą filipińską tego się nie obawiał. A spawacz owszem.
I przykład drugi. Latające nogawki, gdy ten „bojowiec” przyjmował papieża. Tak mu kolanka dygotały, że śmiech brał.
By ten dzień uczcić opowiem o innym bohaterze i o tym pierwszy tekst, a później zwyczajowo o narodzie smoka i druga część drugiego rozdziału.
Opowieść pierwsza.


Oto krótka wersja historii bohatera mego dzieciństwa.

Jednak nie zacznę niego samego, a od mego ojca. Co prawda za Bagregiem z Rucji nie będę omawiać wszelkich ważkich wydarzeń, w jakich brali udział moi poraszczurowie. Nie zrobię tego, bo w przeciwieństwie do Bagrega kupcem nie jestem. Coś tam jednak nadmienić trzeba. Inaczej cała historia zabrzmiałaby cokolwiek niejasno.
Nie ma nic gorszego niż niejasne historie!

Otóż mój ojciec pochodzi stamtąd. Co znaczy „stamtąd”? Otóż mniej więcej tyle, że urodził się i żył w osadzie, a właściwie kolonii, bo składającej się raptem z trzech domostw w środku lasu. Osada ta znajdowała się o jakieś dwa kilometry od ciut większej, a trzydzieści od jako tako rozpoznawalnego miasta. Tym rozpoznawalnym miastem była Lida. Wciąż istnieje, ta Lida, bo osada mego ojca już nie. Ślad po niej nie pozostał, no, poza ciut młodszymi drzewami zarastającymi polanę.
Po wojnie, żyjący w okolicy Polacy (wciąż pozostawało ich tam wielu, choć byli mniej liczni niż przed wojną, na co złożyły się wywózki, mordy i wreszcie kolejne fale repatriacji) czekali, w tym także mój ojciec, jak na zbawienie na trzecią wojnę, by po upadku bolszewii, co zdawało im się sprawiedliwością dziejową, Polska wróciła do swych dzieci.
Czekali daremnie.

Mój ojciec, do czasu repatriacji w 1958 roku, kiedy to wreszcie zdołał przekonać swą matkę, by spakowała kufer, czekał jak bardziej doświadczeni i starsi. Kiedy odkrył, że nie ma na co, wtedy z jakimś oficerem wódkę wypił, i czerwone wino też, przez co ten urzędnik oczy przymknął na niespójności w dokumentach. Tych znalazłoby się trochę. Czerwone wino dobrze nastawiło sowieta, podpisał, co trzeba. Mój ojciec był wolny i raptem dwudziestoczteroletni kiedy jechał do nieznanej Polski, ciągnąc matkę, która wolałaby dożyć dni na swoich starych śmieciach. Lecz synowi uległa, bo syn zawsze bliższy niż ściany chaty i kuzyni żyjący o dwa kilometry.

Nie wszyscy Polacy wtedy stamtąd uciekli. Oni trwali. Oczekiwali sprawiedliwości dziejowej i powrotu macierzy do wiernych dzieci.
Wśród nich bohater mego dzieciństwa.
Znam go przede wszystkim z opowieści. Ale raz sam go widziałem. Już starego człowieka, który noszony zegarek nakręcał na czas nie miejscowy, a polski.
Dziwak!
Za takiego uchodził i dlatego przeżył. Mimo iż był to człowiek oporny i zasad niezłomnych.
W tamtej okolicy żył podobny mu wstecznik nie poddający się konieczności dziejowej, ale bynajmniej za dziwaka już nie uchodzący, toteż bolszewicy, jako człowieka poważnego, potraktowali go odpowiednio. Tak go zabili, że wszelki ślad po nim przepadł.
No, ale z Kajetana, bo tak zwał się bohater mego dzieciństwa, się śmieli. Nawet wówczas kiedy mu proponowali, by ustąpił nieco ze swych niezłomnych zasad, a żywot sobie odrobinę ułatwił i poprawił. Dostatek mu obiecywali. Kajetan odpowiadał: a co wy dać mi możecie? Goli i bosi do nas przyszliście, macie tylko to, coście nam ukradli. Bolszewicy śmieli się z duraka i po głowie go bili.
A dziwak swoje powolutku robił, do kołchozu nie wstępował, jakoś żył, skoro ręce mając złote, umiał na wsi wszystko. Pomocą gardził, obiecankami przekupić się nie dał, dzieci do sowieckich szkół nie puszczał, bo w nich nie mogłyby nauczyć się niczego dobrego. Uczył je sam.
Choć czasem, kierowany chłopskim sprytem, coś tam na boku zakombinował. W ten sposób, że jakiś znajomek, przekupiony czerwonym winem w imieniu Kajetana podpisywał jakiś świstek, bo sam Kajetan bolszewikom nigdy nic nie podpisał. Małe to rzeczy były. Zwykle jakiś worek mąki. W bolszewii nawet na mąkę trzeba było mieć papier. Takiego jednak Kajetan nie podpisywał, strzegł się, by jego imię nie znalazło się na żadnym, nawet najmniejszym cyrografie.
Co by nie mówić, życie prowadził niełatwe, czego kajetanowa połowica nie zniosła. Odeszła. Ramionami wzruszył i powiedział: to kurwa, nie żona. Żona od męża nie odejdzie. Ona nie wytrzymała, nie umiała być podobnie niezłomna.
No i dzieci też miał Kajetan, o czym już powyżej nadmieniłem, jak również o tym, że póki mógł, to je chronił przed diabelskim systemem. Ale system okazał się mocniejszy. Wziął najstarszego syna Kajetana do wojska, przekabacił na swą modłę, w Moskwie pracę dając na posadzie elektryka. Takiego co to żarówki wymieniał. Więcej nic. Jakoś tak komuniści wszelkich stron mają, że tylko koło takich elektryków potrafią się zakręcić. Jedni żarówki wymieniają, drudzy wózki akumulatorowe ładują. Z tymi, którzy potrafią więcej i siebie cenią, bolszewikom już nie idzie.
No, ale syn Kajetana żarówki tylko umiał wkręcać. Dobrą pracę miał, lekką. A oni jeszcze mieszkanie mu dali. Czemu nie mieliby dać? Dali, choć dzieci różnych tuzów partyjnych, predstawitieli kałchozów i innych takich o podobnych przywilejach tylko śniły. Ale gdzie im tam do mieszkań w Moskwie! A syn polskiego opornika, owszem, dostał. Byle go od ojca oderwać.

Przekabacili kacapy Kajetanowi syna!

Cóż miał robić, biedak? Syn, to syn. Krew nie woda. Nie wyparł się potomka polski opornik, nawet w odwiedziny jeździł, do tej Moskwy, by sowiecki cud na własne oczy oglądać, mieszkanie w bloku.
O tych wyprawach mówił następująco:
Jadę do stolicy diabła.
I się śmiał.


sobota, 6 grudnia 2014

O Narodzie Smoka


Ale dla porządku trzeba najpierw wspomnieć o kilku sprawach.
A zatem, że ja sobie ten rozdział wyobrażałem inaczej. I pierwotnie napisałem go inaczej.
Nie spotkało się to z uznaniem.
Moi potrafiący czytać przyjaciele nudzili się. Poza jednym. Ale to było znaczące. Z początku, jako że aroganta większego nie znajdziesz, uznałem, że się nie znają. Ja czytać mogłem. Moje oczekiwania ten rozdział spełniał. Dostarczał koniecznych informacji. Ale oni wydziwiali. Przypomniałem sobie jednak jedną z zasad dotyczących pisania. Może o nich kiedy indziej.
Westchnąłem.
Postanowiłem co nieco zmienić. Trochę na podobieństwo fragmentu Gryfa, kiedy to przyjaciółka powiedziała, że w tamtym miejscu przyjaciele za mocno obrabiają dupę Gryppinowi. Chociaż ujęła to w formie: „rzyć”. Tam było łatwo, podzieliłem fragment na dwa, pomiędzy wstawiłem jakiś inny, dorobiłem klamerki. Obrabianie rzyci przestało kłuć.
Uznałem, że w przypadku „Dziedzictwa” metoda się sprawdzi.
Zawiodła.
Czemu?
Najprościej rzecz ujmując, bo zdradziłem sam siebie. a dłużej?
Wytłumaczenie należy rozpocząć od kilku słów o pisaniu Gryfa. Jaki on miał być? Ładny. Przede wszystkim o to pytałem, czy jest ładny? Rozumiałem to w taki sposób, że jest zharmonizowany i umiarkowany. To dążenie do „ładności” sprawiło, że posłuchałem tej rady dotyczącej „obrabiania rzyci”. Uznałem, że straciłem umiar. A umiar to podstawa. O harmonii powiem kiedy indziej (może), tu wspomnę tylko, że szło o to, by o Gryppinie dało się czytać. A trudno o egoistycznym bucu, zatem każdemu fragmentowi, w którym coś z niego ukazywałem, przeciwstawiłem taki, który to wrażenie równoważył. Prosta metoda, którą stosowałem intuicyjnie i chyba z powodzeniem, skoro w zasadzie swój cel osiągnąłem.
Tak samo było z umiarem. Byle nie przesadzić – powtarzałem sobie. Nie kazać temu bohaterowi popełniać wielkich łotrostw, niech to będą małe świństewka. I powolutku dawkować akcję.
Ale nie lubię gołosłowności. Jak o czymś mówić, to opierać się na przykładach, a w „Dziedzictwie” mamy spotkanie elfa i krasnoluda, co niesie niejakie konsekwencje. Skupiłem się na nich. Czyli wyszedł mi konflikt. Opowiedziałem go, przy okazji wprowadzając konieczne informacje. Okazało się to nieczytelne. Oni stale się żarli. Do czego to w zasadzie powinno prowadzić? Ano do tego, że brodacz szpiczastouchowi kulasy by chętnie przetrącił, a gładkolicy nieśmiertelnik kurduplowi łeb rozbił. I cały czas tak samo. Potok docinków.
Komuś zdaje się, że to ciekawe?
Bynajmniej. Nudne. A nudzenia czytelników trzeba się wystrzegać.
Przyjaciół stokroć bardziej. Jeszcze czytać przestaną, a wtedy kto mi zostanie?
Nikt.
Na nowo spojrzałem na historię. Z pokorą. Kim ja jestem? Sługą, który spisuje opowieść, to ona mówi jak ma zostać przedstawiona, bo sama z siebie dąży do ideału.
Tak wyszła wersja, która jest.