sobota, 13 grudnia 2014

Tekst na 13 grudnia i kolejna część Narodu Smoka

Rocznica.
Należy coś napisać, by ten dzień nie wspominać tylko przez perspektywę pewnego szmatławego zaprzańca w spawarkach. Służalczego sprzedawczyka, którego najlepiej opisują dwa wydarzenia z jego życia. pierwsze jak to stał pod kościołem, gdzie odprawiana była msza pogrzebowa jego matki. On ateista nie wszedł do środka. Powiedziałby ktoś – słusznie.
Błąd. Ateista nie wierzy. Ma się bać kilku kropel wody święconej? Nawet taki mierny prezydent jak słabeusz dotknięty chorobą filipińską tego się nie obawiał. A spawacz owszem.
I przykład drugi. Latające nogawki, gdy ten „bojowiec” przyjmował papieża. Tak mu kolanka dygotały, że śmiech brał.
By ten dzień uczcić opowiem o innym bohaterze i o tym pierwszy tekst, a później zwyczajowo o narodzie smoka i druga część drugiego rozdziału.
Opowieść pierwsza.


Oto krótka wersja historii bohatera mego dzieciństwa.

Jednak nie zacznę niego samego, a od mego ojca. Co prawda za Bagregiem z Rucji nie będę omawiać wszelkich ważkich wydarzeń, w jakich brali udział moi poraszczurowie. Nie zrobię tego, bo w przeciwieństwie do Bagrega kupcem nie jestem. Coś tam jednak nadmienić trzeba. Inaczej cała historia zabrzmiałaby cokolwiek niejasno.
Nie ma nic gorszego niż niejasne historie!

Otóż mój ojciec pochodzi stamtąd. Co znaczy „stamtąd”? Otóż mniej więcej tyle, że urodził się i żył w osadzie, a właściwie kolonii, bo składającej się raptem z trzech domostw w środku lasu. Osada ta znajdowała się o jakieś dwa kilometry od ciut większej, a trzydzieści od jako tako rozpoznawalnego miasta. Tym rozpoznawalnym miastem była Lida. Wciąż istnieje, ta Lida, bo osada mego ojca już nie. Ślad po niej nie pozostał, no, poza ciut młodszymi drzewami zarastającymi polanę.
Po wojnie, żyjący w okolicy Polacy (wciąż pozostawało ich tam wielu, choć byli mniej liczni niż przed wojną, na co złożyły się wywózki, mordy i wreszcie kolejne fale repatriacji) czekali, w tym także mój ojciec, jak na zbawienie na trzecią wojnę, by po upadku bolszewii, co zdawało im się sprawiedliwością dziejową, Polska wróciła do swych dzieci.
Czekali daremnie.

Mój ojciec, do czasu repatriacji w 1958 roku, kiedy to wreszcie zdołał przekonać swą matkę, by spakowała kufer, czekał jak bardziej doświadczeni i starsi. Kiedy odkrył, że nie ma na co, wtedy z jakimś oficerem wódkę wypił, i czerwone wino też, przez co ten urzędnik oczy przymknął na niespójności w dokumentach. Tych znalazłoby się trochę. Czerwone wino dobrze nastawiło sowieta, podpisał, co trzeba. Mój ojciec był wolny i raptem dwudziestoczteroletni kiedy jechał do nieznanej Polski, ciągnąc matkę, która wolałaby dożyć dni na swoich starych śmieciach. Lecz synowi uległa, bo syn zawsze bliższy niż ściany chaty i kuzyni żyjący o dwa kilometry.

Nie wszyscy Polacy wtedy stamtąd uciekli. Oni trwali. Oczekiwali sprawiedliwości dziejowej i powrotu macierzy do wiernych dzieci.
Wśród nich bohater mego dzieciństwa.
Znam go przede wszystkim z opowieści. Ale raz sam go widziałem. Już starego człowieka, który noszony zegarek nakręcał na czas nie miejscowy, a polski.
Dziwak!
Za takiego uchodził i dlatego przeżył. Mimo iż był to człowiek oporny i zasad niezłomnych.
W tamtej okolicy żył podobny mu wstecznik nie poddający się konieczności dziejowej, ale bynajmniej za dziwaka już nie uchodzący, toteż bolszewicy, jako człowieka poważnego, potraktowali go odpowiednio. Tak go zabili, że wszelki ślad po nim przepadł.
No, ale z Kajetana, bo tak zwał się bohater mego dzieciństwa, się śmieli. Nawet wówczas kiedy mu proponowali, by ustąpił nieco ze swych niezłomnych zasad, a żywot sobie odrobinę ułatwił i poprawił. Dostatek mu obiecywali. Kajetan odpowiadał: a co wy dać mi możecie? Goli i bosi do nas przyszliście, macie tylko to, coście nam ukradli. Bolszewicy śmieli się z duraka i po głowie go bili.
A dziwak swoje powolutku robił, do kołchozu nie wstępował, jakoś żył, skoro ręce mając złote, umiał na wsi wszystko. Pomocą gardził, obiecankami przekupić się nie dał, dzieci do sowieckich szkół nie puszczał, bo w nich nie mogłyby nauczyć się niczego dobrego. Uczył je sam.
Choć czasem, kierowany chłopskim sprytem, coś tam na boku zakombinował. W ten sposób, że jakiś znajomek, przekupiony czerwonym winem w imieniu Kajetana podpisywał jakiś świstek, bo sam Kajetan bolszewikom nigdy nic nie podpisał. Małe to rzeczy były. Zwykle jakiś worek mąki. W bolszewii nawet na mąkę trzeba było mieć papier. Takiego jednak Kajetan nie podpisywał, strzegł się, by jego imię nie znalazło się na żadnym, nawet najmniejszym cyrografie.
Co by nie mówić, życie prowadził niełatwe, czego kajetanowa połowica nie zniosła. Odeszła. Ramionami wzruszył i powiedział: to kurwa, nie żona. Żona od męża nie odejdzie. Ona nie wytrzymała, nie umiała być podobnie niezłomna.
No i dzieci też miał Kajetan, o czym już powyżej nadmieniłem, jak również o tym, że póki mógł, to je chronił przed diabelskim systemem. Ale system okazał się mocniejszy. Wziął najstarszego syna Kajetana do wojska, przekabacił na swą modłę, w Moskwie pracę dając na posadzie elektryka. Takiego co to żarówki wymieniał. Więcej nic. Jakoś tak komuniści wszelkich stron mają, że tylko koło takich elektryków potrafią się zakręcić. Jedni żarówki wymieniają, drudzy wózki akumulatorowe ładują. Z tymi, którzy potrafią więcej i siebie cenią, bolszewikom już nie idzie.
No, ale syn Kajetana żarówki tylko umiał wkręcać. Dobrą pracę miał, lekką. A oni jeszcze mieszkanie mu dali. Czemu nie mieliby dać? Dali, choć dzieci różnych tuzów partyjnych, predstawitieli kałchozów i innych takich o podobnych przywilejach tylko śniły. Ale gdzie im tam do mieszkań w Moskwie! A syn polskiego opornika, owszem, dostał. Byle go od ojca oderwać.

Przekabacili kacapy Kajetanowi syna!

Cóż miał robić, biedak? Syn, to syn. Krew nie woda. Nie wyparł się potomka polski opornik, nawet w odwiedziny jeździł, do tej Moskwy, by sowiecki cud na własne oczy oglądać, mieszkanie w bloku.
O tych wyprawach mówił następująco:
Jadę do stolicy diabła.
I się śmiał.


Komentarze (0):

Prześlij komentarz

Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]

<< Strona główna