wtorek, 17 maja 2016

Kapitan Ameryka i co z tego wynika

Kino fantastyczne przestało się zajmować li tylko duperelami, zaczęło stawiać dość podstawowe pytania. Nie zaczęło się to wczoraj. Imperium kontratakuje powstało przed ponad trzydziestu laty, a to dzieło wybitne, ważkie kwestie podnosi Powrót Batmana, widać też, że gatunek wyrastając z enklawy kina rozrywkowego, zajmuje się już nie samą banalną rozrywką, powtarzając drogę którą przeszło kino sensacyjne, produkując Ojca chrzestnego czy western z W samo południe.
Ekranizacje z nurtu superbohaterskiego są robione co najmniej bardzo solidnie i nie chodzi tu o warstwę przygodową. Nie omawiając tu ich archetypiczności, trzeba zauważyć, że nie można tym dziełom zarzucić czczej efektowności, ni niedopracowania. Bohaterowie są charakterystyczni i obdarzeni nerwem. Widoczny jest humor z jakim potrafią się odciąć, nie nudzą, a nuda to w kinie to śmierć widowiska. Postacie wydają się wręcz żywe na tyle, by zastanawiać się nie nad sposobem, w jaki zostali zrobieni przez scenarzystów i reżyserów, ale nad tym, jacy są. Głęboki ukłon w stroną Autorów, bo wykonali pracę, by tak rzec: tytaniczną. Jednakże główna zaleta omawianego filmu, czyli trzeciej części przygód Kapitana Ameryki, leży w tym, że to kino poważne, stawiające ważkie pytania i próbujące udzielić na nie odpowiedzi. Przy tym niełatwych i nie podawanych wprost. W tym zadaniu pomaga świetnie przeprowadzona warstwa dramaturgiczna. Zwykle to się sprawdza – konflikt bliskich to kwintesencja dramatu.

Od razu zaznaczę, że nie zamierzam zastanawiać się nad lewackimi bzdurami w stylu czy murzyn został dobrze, czy źle obsadzony. Stawianie w Polsce takich pytań świadczy o dalekim oderwaniu od rzeczywistości, jakby powiedział klasyk: abstrahowaniu od punktu odniesienia. Problem Ameryki z tzw. nierównością i dziedzicznym upośledzeniem społeczności afroamerykańskiej to temat dla nieuprzedzonych socjologów amerykańskich, omawianie z polskiej perspektywy wątków rasistowskich to bzdura na resorach. Jeśli nas powinno zajmować jakieś dziedzictwo niewolnictwa, to mamy temat do popisu w postaci upośledzonych społecznie chłopów pańszczyźnianych i trudnym wrastaniu ich potomków w polską tradycję, co może mieć odniesienia całkiem współczesne, związane ze słabą partycypacja w życiu wspólnoty.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów fabułę buduje na konflikcie w tym wypadku dwóch sztandarowych postaci i tegoż konsekwencjach. Stawia dość fundamentalne pytania, na jakie współcześnie warto sobie odpowiedzieć, przy okazji wnioski, jakie wysnuwa nie są zarezerwowane li tylko dla tradycji amerykańskiej.

W omawianej produkcji zostały uwidocznione dwie zasadnicze postawy:
- instytucjonalnej praworządności, reprezentowanej przez Tony’ego Starka, inaczej Iron Mana;
- indywidualnej odpowiedzialności za innych symbolizowanej przez Steve’a Rogersa, alias Kapitana Amerykę.

Pod pewnymi względami los tych bohaterów jest rysowany równolegle.
Starka opuszcza jego ukochana. Rogers dowiaduje się o śmierci dawnej miłości. Iron Man czuje się odpowiedzialny za śmierć niewinnych ofiar podczas poprzedniej akcji. Kapitan Ameryka za obecną. Stark staje przed zagadką wypadku rodziców, jego adwersarz uwikłaniem swego przyjaciela. W finale obydwu przyjdzie zająć się swoimi pokiereszowanymi przyjaciółmi. I nie ma tu znaczenia, że w jednym wypadku jest to fizycznie złamany kręgosłup, zaś w drugim przetrącony moralnie.
Prawdopodobnie zestaw adekwatnych zależności dałoby się ciągnąć długo, to jednak byłaby zabawa dla niej samej. Chodzi jednak o to, że widzimy przedstawionych bohaterów, którzy w podobnej sytuacji dokonują odmiennych wyborów.
Pojawiają się ważkie pytanie:
Czy obydwaj mają rację?
A może jednak któryś większą?
A jeśli tak, to po czym to rozpoznać?

Nie zajmę się tym wprost. Szukajmy analogii, wgłębmy się w fabułę, to zabawniejsze.

Obydwaj bohaterowie werbują drużyny, które będą wspierać ich w podejmowanych działaniach.
Ekipa Iron Mana to: jego dawny towarzysz broni – War Machine, uczłowieczający się obcy – Vision, młody Spider-Man, Czarna Wdowa i Czarna Pantera.
Zespół Kapitana Ameryki to: Sokole Oko, Ant-Man, Falcon, Szkarłatna Wiedźma i Zimowy Żołnierz.
Co powoduje członkami drużyny Tony’ego Starka i jakie są ich losy?
Czarna Wdowa podpisuje porozumienie dotyczące nadzoru nad działaniami superbohaterów przez powołaną instytucję. Pomaga odnaleźć Kapitana Amerykę, ale odmawia udziału w jego ujęciu.
War Machine to po prostu żołnierz. On wykonuje rozkazy, nie wnikając w ich słuszność, jest elementem sformalizowanej struktury.
Vision to Obcy, trudno dociec jego motywów, jednakże uczłowiecza się dla Szkarłatnej Wiedźmy, zaś rezygnując ze swej nieemocjonalnej obcości zaczyna popełniać ludzkie błędy.
Spider-Man to po prostu gówniarz, któremu imponuje starszawy kosmicznie bogaty gadżeciarz. Daje się zwerbować za paciorki.
Czarna Pantera to następca tronu. Napędza go pragnienie zemsty. W końcówce odstępuje Iron Mana, po pierwsze odrzucając zemstę, po drugie rozumiejąc, że kierował ją w stronę osoby w tym wypadku wrobionej.
Drużyna Kapitana Ameryki to po prostu ci, którzy mu osobiście ufają.

Należy omówić reakcje na podobne zdarzenia. Czyli odpowiedzialność za ofiary cywilne, choć nie tylko.
Steve Rogers nie załamuje się pod ciężarem winy. Na duchu nie upadnie, symbolicznie nie boi się wziąć osobisty udział w pogrzebie dawnej ukochanej. Dźwiga jej trumnę.
Tony Stark w podobnej sytuacji ma tylko wyświetloną wiadomość na nowoczesnym panelu z podpisem porzucającej go ukochanej.
Kapitan Ameryka będzie chciał dać z siebie więcej, nie odrzuci odpowiedzialności. Iron Man sceduje ją na zewnętrzną instytucję.
Ciekawe, że kiedyś Steve Rogers był pionkiem w grze toczonej przez innych. Wyzwolił się, nie zmienia zdania.
Tony Stark podobnie we własnej przeszłości zmienił strukturę działalności własnej firmy, wtedy też sam zaangażował się w toczoną wojnę. Teraz cofa się z obranej drogi, kwestionuje dawne wybory.
Kapitan Ameryka nie może scedować poczucia osobistej odpowiedzialności na innych. Iron Man wybiera drogę łatwą, unikania bólu. A wiadomo która droga prowadzi do piekła wybrukowanego dobrymi chęciami.
Zaznaczmy też, że Kapitan Ameryka nie odbiera ludziom wolności, nie podejmuje za nich kluczowych decyzji, zajmuje się tylko jedną sprawą, w której jest fachowcem większym od innych. Czy powinien słuchać korporacyjnych głupków w sprawie, którą zna lepiej, dogadzając ich dziecinnemu poczuciu ważności?

Drużyna Kapitana Ameryki to grupa osób mu ufających. Zostają uwięzieni. Ten motyw będzie powtórzony. Za pierwszym razem to tylko Szkarłatna Wiedźma po nieudanej akcji. W drugim przypadku już cały zespół. Co ważne, uwalnia ich Kapitan Ameryka.
Tony Stark powiązany z ich uwięzieniem, ponadto uzurpujący sobie prawo do stanowienia o woli i losie innych. Pozbawia ich wyboru. To odwrócenie tego, co określa superbohaterów, wewnętrznego porządku moralnego, a zastąpienie go jakąś korporacyjnym systemem odpowiadania za własną wąską działkę.
Wracając na chwilę na polski grunt, widać po prawnikach ile warta taka korporacyjna zasada. Środowisko, które miało się samo oczyścić, jak ognia unika takiego podporządkowania się powszechnym regułom. Ich mają nie dotyczyć. Żadne instytucjonalne ramy do tego nie skłaniają, przeciwnie, instytucja osłania ich przed jakąkolwiek weryfikacją.
W Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów przyjaciel uzna własne winy. Zimowy Żołnierz sam siebie skazuje na uśpienie, pomaga mu w tym osobista relacja. To, co go więzi to stara struktura, właśnie narzucony instytucjonalnie przymus każący mu zabijać na rozkaz. Wystarczy uruchomić zakodowaną instrukcje, by zyskać nad nim władzę.

Czy Kapitan Ameryka bezrefleksyjnie opowiada się za starym przyjacielem, bo wiąże go lojalność? Uwalnia go od odpowiedzialności za zbrodnie, bo tak mu nakazują emocje?
Nie bardzo, pyta, z którym Bucky’m ma do czynienia. Przyjaźń nie przesłania mu win przyjaciela, lecz temu przyjacielowi pozwala powstać, odnieść moralne zwycięstwo nad złem w sobie.
Odwrotny skutek przynoszą działania Iron Mana, on może tylko brać udział w uwięzieniu przyjaciół, czyniąc ich jeszcze bardziej nieszczęśliwymi.

Już zostało wspomniane, że Kapitan Ameryka to ucieleśnienie wolności zaś Iron Man zniewolenia. Pora zając się aktem końcowym.
W pojedynku Steve Rogers zwycięża dzięki przyjacielowi, uszkadzając przy okazji serce Tony’ego Starka. Kapitan Ameryka to otrzymane podczas zabiegu mięśnie i sprzęt, ale serce stare, Iron Man to maszyna plus skonstruowane serce.
Kapitan Ameryka może porzucić gadżety. W bardzo znamiennej scenie Iron Man żąda zwrotu tarczy, symbolu Kapitana. Jak dziecko rości sobie prawo do wszystkich zabawek. Jak dziecko zostanie sam, bo nikt nie zechce się z nim po czymś takim bawić. Symbolicznie po jego stronie jedynie wojak ze strzaskanym kręgosłupem, którego trzeba wspomóc kolejnymi mechanizmami, coś żywego zamienia na skonstruowany twór. Pozostali jego towarzysze to: Spider-Man wracający do ciotki, by dorastać, bo to wciąż dziecko, tymczasem jarające się nowymi gadżetami, ale o tyle mądrzejsze od swego cicerone, że rozumiejące, iż one nie wszystko. Tu w postaci ważniejszej żywej ciotki.
Czarna Wdowa, na którą nie może liczyć.
Czarna Pantera zmieniający front, w swym afrykańskim królestwie ukrywający cel zemsty Iron Mana, wojennego przyjaciela Kapitana Ameryki.
Kapitan Ameryka zaś zyskuje dawnych przyjaciół uwalnia, a nowych pozyskuje, ma nawet sojuszników w obozie wroga.

W finale Iron Man doznaje podwójnej klęski. Pierwsza to ta fizyczna, symbolizowana ciosem w jego sztuczne serce. Druga jest jeszcze głębsza. Żądaniu o zwrot tarczy towarzyszy świadomość porażki obranej drogi. Opowiadając się po stronie instytucjonalnego porządku, w finale głosiciel tej idei rezygnuje z niej na rzecz osobistej zemsty, co boleśnie uwidacznia odmienny wybór dokonywany w tym samym czasie przez Czarną Panterę.
Iron Man nie odróżnia zła od człowieka. Złem jest kod przymuszający Bucky’ego do wypełnienia rozkazów, nie on sam. Tony Stark, utożsamiając jedno z drugim, myli się całkowicie. To nie natura  Zimowego Żołnierza jest zła, a przychodząca z zewnątrz opresja.

Kapitan Ameryka wbrew pozorom nie zamyka się w samej przeszłości, umierających dawnych towarzyszy i przebrzmiewających idei, zyskuje oddanych sojuszników we współczesnym świecie. Wnuczka dawnej ukochanej zdradza własnych przełożonych, wierząc w jego racje. Afrykański murzyn (ciekawe czy może być adekwatnie biały Europoafrykanin, skoro są czarni Afroamerykanie?) opowiada się po jego stronie. Iron Man tylko bliskich traci. Pozostaną mu zabawki, z których zrobi sobie najlepszych przyjaciół do prowadzenia swego stylu życia. No dobra, wyzłośliwiam się trochę.
Kapitan Ameryka pozostaje również w sferze faktów, nie domniemań. Z tego powodu bada udział swego przyjaciela w zamachu, nie polega na powszechnym przekonaniu, przez to nie daje się zmanipulować jego racja nie bierze się po prostu z tego, że ma słuszność z zasady, bo taki moralny, ale z tego, że nie boi się dokonać konfrontacji przekonań ze stanem faktycznym. O dziwo, jego wyraźna emocjonalność nie koliduje ze sprawą, jakiej służy.
Odwrotnie Iron Man. Decyzje podejmuje powodowany przymusem emocjonalnym. W rezultacie odpowiada za uwięzienie przyjaciół, łatwo ulega podszeptom zemsty. Zemo dobrze go rozpoznaje jako obłudnika.
Bolesne konkluzja jest taka, że Iron Man godzi się na przestrzeganie zasad, o ile one dotyczą innych. Reakcja na śmierć rodziców dowodzi, że siebie mierzy inną miarą.
Trzymanie się zasad Kapitana Amerykę strzeże przed popełnieniem błędu. Te zasady wynikają z jego wnętrza. Iron Mana przyjęte z zewnątrz niszczą.

Finałowa scena w naturalnym otoczeniu afrykańskim (skąd wyszliśmy, by ziemię uczynic sobie powolną), to obrazek bardzo symboliczny. Kapitan Ameryka to przecież WASP, ucieleśnienie, wręcz archetypiczny amerykański bohater. Przychodzi mu z pomocą rdzenny Afrykanin, własne instytucje zaś Steve’a Rogersa prześladują. Prawda, że zdumiewające odwrócenie porządków? Doprawdy, nie wiem, jak zaklinać rzeczywistość, by takiego symbolu nie dostrzec.

Oczywiście można stawiać tezę o równorzędności porażki bądź zwycięstwa obydwu bohaterów. Ale na czym miałoby polegać zwycięstwo Tony’ego Starka? Utracie rzeczywistych przyjaciół na rzecz ich sztucznych substytutów? Ktoś będzie się upierał przy stwierdzeniu, że tacy przyjaciele lepsi, bo nowi i cybernetyczni?
Próbując wciąż innego spojrzenia, powiedzmy, że Iron Man robi to samo co Kapitan Ameryka, tylko że ten drugi, by ratować przyjaciela, a pierwszy by dać upust przymusowi zemsty.

Tony Stark żądaniem zwrotu tarczy niszczy przyjaźń ze Steve’m Rogersem. Kapitan Ameryka listem odpowiada w dojrzały sposób dziecinnemu fochowi. Bo czy to nie niedojrzałość Iron Mana? Wyobraźcie sobie, że ktoś pyta:
- Kapitanie, co z twoja tarczą?
Ten odpowiada:
- Tony się obraził i kazał ją oddać, bo to jego tatuś ją zrobił.
Ktoś nie słyszy jak to brzmi?

To co mnie piszącego najbardziej dziwi to ocena, jaką wystawiam obydwu bohaterom. Kapitan Ameryka jakoś nigdy nie należał do mojej bajki, kiczowaty z tymi barwami narodowymi na ubranku, krzykliwy odpowiednik secesyjnego Yankee Doodle. Jego kreacja w ekranizacjach Marvela zdumiewała mnie od początku. Dziwiłem się, że można tak poważnie ukazać temat, uwalniając się od kiczowatej otoczki. Ja przecież zawsze wolałem Iron Mana i nie tylko przez wzgląd na nieśmiertelny kawałek Black Sabbath. A tu takie odwrócenie ról!

Otrzymaliśmy więc w niby wydumanym widowiskiem filmowym historię o odwiecznej konfrontacji ducha i formy. Po sto razy przekonywaliśmy się, że każda twierdza upadnie, jeśli obrońcom zabraknie woli. Nie pomoże tu wszelka przemoc technologiczna. Forma bez ducha to golem, któremu odebrano napędzające go słowo boże. Skamienieje lub obróci się w proch.

Etykiety:

sobota, 14 maja 2016

Zapowiedź - Niewolnica i jej Pan

Dzisiejszy wpis powstał ze względu na opowiadanie.
Ale, ale, przecież ja opowiadań nie piszę.
Przede wszystkim stąd, że opowiadania to jednak zasadniczo co innego niż powieść. Zaraz ktoś zakrzyknie jak to, wszak i to i tamto – literatura. Doda, że istnieją twórcy podręczników tzw. kreatywnego pisania, którzy zęby zjedli na udowadnianiu, że jak ktoś nie poradzi sobie z materią opowiadania, to z powieścią też.
Odpowiem tak: przewóz ludzi może odbywać się autobusem albo pociągiem. I cel może być ten sam. Ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie upierał się przy stwierdzeniu, że uprawnienia kierowcy pozwalają zastąpić maszynistę w lokomotywie? To niedorzeczne.
No i kto się wszystkiego z podręczników nauczył? Każdy posiada jakieś doświadczenia edukacyjne. Podręczniki ułatwiają posługiwanie się podstawowym poziomem i nic więcej. Twórczość jest o wiele bardziej wymagająca niż cokolwiek innego. To oryginalność, żaden podręcznik tego nie nauczy.
Opowiadania przede wszystkim są łatwe, bo przyczynkowe. Z niewiadomych dla mnie przyczyn ja łatwymi konstrukcjami się brzydzę. Utrudniam, choć przecież za szaradami jako takimi nie przepadam. Wynikałoby, że dlatego nie cenię kryminałów (i to prawda wyłączywszy Chandlera), to mimo powyższego zastrzeżenia, należy zauważyć, że choć w kryminale idzie o dość typowe zachowania, motywowane zwykle przyziemnymi potrzebami, to sposób dokonania zbrodni jest skomplikowany. Każdy jakoś gmatwa rzeczy proste. Należy to docenić. Dlatego i ja nie umiem pozbyć się nawyku komplikowania historii, jakie przedstawiam. Nie umiem wyrzucić tej wiedzy, że mózgu to się używa nie dla jakichś filozoficznych celów, ale zwykle banalnych, które nam chluby jako ludzkiemu rodzajowi nie przynoszą. A ponieważ dostrzegam tę stronę ludzkiej natury, to wolę historie trudniejsze, czyli powieści. One cały świat przedstawiony logicznie muszą zawrzeć w obrębie siebie. Inna sprawa, że większość książek do bujdy na resorach, a logiki w nich tyle, co kot napłakał. Jednak za stary jestem, by wyzbyć się nabytych przyzwyczajeń. Na innych książkach się wychowywałem, wpisane mam odmienne normy, hurtowo produkowane bzdury nie trafiają do mnie. Musiałbym chyba odkroić sobie część mózgu.
Widzicie, nawet żule pod sklepem wiedzą, że typowo zagadywać o zeta nie warto. Prymitywizm nie daje nadziei na sukces. Wymyślają sobie przeróżne sposoby. Czy inaczej nie powinni zachowywać się twórcy? Nie tylko, że powinni, muszą. Schematyczną konstrukcją trudno przyciągnąć chętnego do podzielenia się już nie zetem, co kilkudziesięcioma. A jednak nie próbują, bo nasz światek literacki to nuda. Wyjąwszy parę oryginalnych i ciekawych pozycji, reszta klepana na jedno kopyto. To dość niepoważne książki, w których Autorzy mylą cynizm z ironią, stosują prostackie poczucie humoru. W ogóle nie rozumieją, że humor nie równa się obniżeniu powagi. „Mistrz i Małgorzata” czy „Paragraf 22” to książki tętniące dowcipem, a jednak w odbiorze niezwykle poważne. Tego jednak nie ma co szukać w naszych obecnych krajowych produktach. I powyższa zasada dotyczy nie tylko fantastyki. Współczesne powieści są nieestetycznie, nie zachowują piękna harmonii, nie zadziwiają, po prostu produkcja masowa, tak podawana, że ma robić wrażenie, że jej twórcę byłoby stać na więcej, gdyby zechciał. Ale nie chce i tak sobie klepie. Czemu?
Przede wszystkim wydawnictwa wydają takie rzeczy, bo one schodzą, a czemu inne nie schodzą? Bo tylko takie wydają. Koło domknięte. Na dodatek wydając same bzdety, wydawcy zatracili umiejętność odróżnienia dzieła wartościowego od byle jakiego. Cofają się w rozwoju. Dokładając hekatombę, jaka dotknęła szkolnictwo i wręcz dramatyczne obniżenie wymogów lekturowych, mamy taki rezultat, że czytanie ze zrozumieniem stało się czynnością tak rzadko spotykaną jak to szewstwo, nie polegające na klepaniu w to samo kopyto, ale dostosowaniu wyrobu do klienta. Czyli czytelnicy stali się zagrożonym gatunkiem. Wprawdzie desperacko szukają czegoś nowego, ale dostają stale to samo. Dziwi mnie, że w ogóle próbują cokolwiek znaleźć. Nie znajdą. Przełamanie impasu nie nastąpi poprzez zmianę polityki wydawnictw, one wciąż będą tłukły to samo, trzeba jakiegoś rewolucyjnego pomysłu.
Ktoś mógłby wyciągnąć wniosek, że opisuję wydawców jako durniów. Nie, w zasadzie to chcę powiedzieć coś gorszego, oni nie kochają tego, co robią, a zajmowanie się kulturą to nie przymusowa orka, odbębniana jak pańszczyzna, to powinno być powołanie. Inaczej nie ma, bo kultura to dokładanie kolejnej cegiełki do dobra wspólnego, nie zaczarowywanie słupków. Tym bardziej, że jak widać, te słupki nie rosną, a obumierają.
Zresztą podobny proces już na polskim rynku zaistniał. W dziewięćdziesiątych latach dotyczył prasy. Uwierzono w mit przeciętnego czytelnika gazetowego, do niego dostosowywano przekaz. W rezultacie prasa lokalna dogorywa, a centralna ledwie dyszy. Na ile zadziałały tu procesy nieuchronne, a na ile wpływ miało zaniżanie poziomu, to rozważanie akademickie. Efekt widać, próba oddziaływania na trend zakończyła się fiaskiem. Widać, że czytanie to nie to samo co sprowadzanie badziewia z Chin, gorszy produkt nie zastępuje lepszego. Podaż jednego i drugiego harmonijnie maleje.
Tak samo dzieje się z edukacją dzieci i młodzieży. Obniżanie poziomu nie skutkuje pogłębieniem umiejętności czytelniczych, raczej redukowaniem samej potrzeby lektury.
Słowem znaleźliśmy się w sytuacji opisanej bon motem Piłsudskiego, że głową muru nie przebijesz. Choć on dodawał, że jak zawiodły inne metody, to i tej należy spróbować.
Już mnie głowa boli na samą myśl.
Wracając do opowiadania jako gatunku literackiego, to bazuje ono na dwóch podstawach: pomyśle i puencie, zwykle podawanej z opóźnieniem, bo wszyscy spodziewają się, że nastąpi. Obeznany ten zabieg konstrukcyjny. Widzicie, twórcy kombinują. Taka nasza ludzka natura. Opowiadanie rzadko się odnosi do innych zjawisk niż już opisane. Nawiązuje do nich, przekręcając na własna modłę.
Ale powiecie taki „Wiedźmin” był nowatorski. No, nie do końca. Sapkowski uwielbiał przekręcać w opowiadaniach obeznajomione motywy, baśniowe szczególnie, wyciągał przy tym nieciekawe wnioski dotyczące kondycji ludzkiej, a tak najbardziej to postmodernistycznie zajmował się naszą obecną epoką. Nie podzielam jego wyroków dotyczących opresji większości nad mniejszością. Uważam wręcz przeciwnie, że żyjemy w czasach, kiedy tyrania nielicznych uprzykrza życie stłamszonej większości, ale to inna rzecz, idzie tu o uwidocznienie tego, czym zajmuje się opowiadanie – to przyczynek, inne omówienie tego, co już zostało ugruntowane w tradycji.
Sam napisałem ich kilka. W swoim czasie jedno nawet zostało nagrodzone. Nie, błąd – tylko wyróżnione. Wtedy w dość znanym, etosowym periodyku, który dziś ma wciąż jakieś inteligenckie pretensje, ale w zasadzie z nieco innej pozycji przyklaskuje machlojkom elity. Mniejsza z tym. Zająłem się wtedy takim Syzyfem, nie znając rzecz jasna tekściku znanego Francuza, który postulował nad uczynieniem tego herosa szczęśliwym.
Ja po prostu bezczelnie to zrobiłem, odnosząc się wprost do mitu. Nie zmieniając go jednakże w nowatorski, a typowy sposób postmodernistycznie opisując nasz światek. Nie. Dałem tylko odmienne widzenie jego kary.
I tym są opowiadania, dodatkiem do istniejącej już tradycji. Dokładaną cegiełką do muru.
By o tym samy powiedzieć nieco inaczej: tłem opowiadania jest jakieś zewnętrzne odniesienie, w powieści całe musi się zmieścić w jej obrębie i z niego wynikać. W tym wypadku tło fabularne musi zagwarantować logikę historii.
Czyli opowiadanie to szczepienie istniejącej już rośliny nowym pędem. Powieść to drzewo z korzeniami.
Obecne opowiadanie to w sumie też nic innego. Do jego stworzenia skłoniła mnie jakaś typowa bzdura, w której pojawiali się niewolnicy i ich panowie. Po prostu zająłem się tymi relacjami, ale trochę na opak. Nie trzeba od razu opowiadać wszystkiego, mówić za wiele o imperium, w jakich dzieje się fabuła „Niewolnicy”, przedstawiać struktury legionów lub zajmować się zakresem uprawnień prokuratora. Wiadomo, że to się do czegoś odnosi, to jakoś obeznany świat, co innego w tym opowiadaniu istotne.
Pisałem je, nie spiesząc się, poprawiałem równie wolno, coś mi ostatnio motywacja kuleje. Ukazujące się części będą nie za długie, kilka stron. W zasadzie to zawsze takie powinny być. Za wiele tekstu na ekranie komputera to mordęga, a dobry komputer to taki, na którym gry chodzą, a nie jakieś fabuły przemawiają.

Tyle na dziś, jutro część pierwsza.

Etykiety: , ,