Trochę o Gryfie
Czym jest Gryf?
W zasadzie to romans. Przynajmniej tak chciałem go pisać. Nie zaniedbując innych wątków, przyznam, że największą radość czerpałem z tych romansowych. Wiadomo, że motyw Zuranki rozwinięty, jest też trochę o Trinet i zdawałoby się, że więcej niż trochę o Leyn.
Pozór to tylko.
O Leyn akurat mało. Ale starałem się, sprawić odmienne wrażenie. Kurtyzana występuje w zasadzie w trzech odsłonach. Pierwsza to początek i niedługi dialog z Gryppinem. Drugi raz w rozdziale drugim, kiedy Gryppin szuka pożyczki. Zaś ostatni w rozdziale czwartym w karczmie.
Oczywiście zostaje wspominana, należało sprawić wrażenie, że to postać znacząca. Jest znacząca, ale jej waga podkreślona sztuczkami.
I strukturą.
W prosty sposób można podzielić Gryfa na trzy części po cztery rozdziały każdy.
Część pierwsza rozpoczyna się od Leyn, niejako też na Leyn się kończy.
No dobrze, są trzy finały: Leyn czesząca włosy i pochylająca głowę, handlarz końmi zapominający pomodlić się za młodego krecza i Henszko na polanie z dwoma pniaczkami, czyli karczami, taki uśmiech do kreczów.
Ten finał z Leyn był dla mnie tak podstawowy, że nie napisałem, jak para się rozstaje.
Finał miał być właśnie taki, że ona mówi Gryppinowi, iż on serca nie ma i coraz niżej pochyla głowę. Sugerując, że to przez łzy. Wiadomo, że łzy się ukrywa.
Żałowałem, że tą sceną nie mogłem zakończyć tej części Gryfa, że po tym zasadniczym finale musiałem dodać jeszcze dwa.
Nie dało się jednak inaczej.
Rozstanie z Leyn i zapamiętanie jej musi być właśnie takie. Z jej łzami. Wiemy wprawdzie, że później on obiecuje powrót. Nie wolno jednakże było tego pokazać.
Dlaczego?
W innym miejscu przedstawiam kwiat paproci, ale nie jego zdobycie, a zastosowanie. Czyli jak Gryppin robi z tej magicznej rośliny trutkę. Dlaczego nie opowiadam, jak krecz zdobywa ten kwiat?
Bo to magia.
A magii wolałem nie pokazywać aż do starcia z żubrzym królem. A nawet w trakcie tego starcia tak je przedstawiać, by nie dać do ostatniej chwili pewności czy to magia, czy też tylko wyobrażenie. Tak po prostu trzeba było zrobić. Wytłumaczcie sobie sami dlaczego to takie ważne.
Podobnie z Leyn, choć tutaj z takiego powodu, by nie osłabić wrażenia okrucieństwa.
Choć osłabiam.
Wiecie czym?
Paradoksalnie urodą tej sceny. Tragiczne zadurzenie dziewczyny jest tak piękne, że rozcieńcza cień tragizmu. Tak jest zawsze, piękno czyni takie rzeczy.
Zatem podsumowując, szło o to, by Leyn zacząć i na Leyn skończyć.
Lubię tym samym zakończyć, czym otwierałem.
Zresztą inny sposób to błąd.
Jeśli chodzi o budowę, wspomniałem o tym powyżej, to Gryf dzieli się na trzy części.
Po cztery rozdziały każda.
To ten oczywisty porządek.
Ale jest też inny.
Aż chcę powiedzieć, że właściwy.
Ale nie powiem. Co do porządku niech każdy wyrabia sobie zdanie sam.
Ten inny taki:
Dwa rozdziały i wielomiesięczna przerwa. Po czym cztery rozdziały i mijających sześć lat, ale nie siedem. Co akurat ważne. I część ostatnia, czyli sześć rozdziałów.
Część drugą można rozbić na Gryppina w Runie i w drodze. Dokonując pierwszych prac krecz się zmienia albo inaczej: uwidacznia to, kim jest naprawdę. Zrzuca z siebie maskę.
Część trzecia dzieli się na kolejne po dwa rozdziały każda.
A zatem:
1. Gryppin odkryty. Widzimy, kim jest naprawdę.
2. Po zmianie – połączenie miłości do Zuranki i poznawanie siebie nowego.
3. Ostatnia – starcie z gryfem. On jako krecz.
Tu trzeba powiedzieć jeszcze o jednej sprawie. W ósmym rozdziale dotychczasowy sposób opisywania potworobójcy wyczerpał się. Nie sądzę, by tego sobka ktokolwiek zniósłby dalej. Zmianę Gryppina w tym wypadku należało jednakże podkreślić. Choćby innym rytmem. Który naturalny kiedy pojawia się nowy bohater. Więc dziewiąty rozdział musi zacząć się Zuranką. Ponadto należało zwolnić akcję, albo inaczej, wyraźniej pójść w stronę romansu.
O języku powieści
Wiadomo, że jest ważny. Wiadomo, że dbałem, by był konsekwentnie stylizowany.
Ale to jednak nie archaizacja. Nie dajcie się nabrać. Nikt z was nie przeczytałby czegoś takiego i nikt by nie chciał. Bo jeśli archaizować, to na mowę naszych przodków, a oni mówili tak, że włosy by nam dęba stawały. Zatem to tylko udawanie.
Skoro to trudne, to po co to robiłem? Każdy nie przeczyta, pojawia się bariera. Może i dobrze, odsieję ziarno od plew, czytanie to nie tylko składanie literek. Chodziło jednak przede wszystkim o to, że drażni mnie jak ludzie z takich światów – z grubsza zwanych lub podobnych do średniowiecznych – posługują się naszą mową.
Czemu?
Język nas określa. Więcej. Język to nasza wiedza. A nawet jeszcze więcej – to cały świat.
Jaki jest nasz język?
Współczesny to bardzo precyzyjny. Istne kuriozum, bo aby opisać własne życie szukamy określeń cudzych. Przy każdej sposobności powołujemy się na fachowców. We własne sądy nie wierzymy. Chyba, że mówimy o zdrowiu albo o polityce. Na tym to zna się każdy. Ale wracam do fachowców – ich grono rozliczne: od narodzin, przez ekonomię, prawo, aż do zgonu. Przyjmuje położna, odprowadza mistrz ceremonii, nawet z duchownych zaczyna się rezygnować, bo ci i chrzczą i udzielają ostatniego namaszczenia. Więc w domyśle słabi fachowcy. Nasz język coraz mniej miejsca pozostawia niepewności, co za tym idzie niepoznanemu i nieopisanemu.
Tym jest magia.
Fantasy to inny świat, magia to coś innego niż technologia, to nie regułki i wzory.
Uczucia też. Nie zdziwię się jednak, kiedy za pewien czas zaczniemy je określać ilością wydzielanych enzymów, mierzalnego napięcia w mózgu itp. itd. Dawni ludzie wiedzieli mniej. Trochę to sprawa instrumentarium. Nie mieli tych wszystkich mikroskopów i teleskopów, zatem nie opisywali wszystkiego. Ich język był przez to mniej precyzyjny. Taki zastosowałem do opowieści o Gryppinie.
Żeby zrozumieć tę książkę należy poddać się rygorowi używanego na jej stronach języka. Nie ma inaczej. Należy się pogodzić, że wszystkiego nie nazwiemy i precyzyjnie nie opiszemy, szczególnie kiedy są to jednakże sprawy nieopisywalne. Zabraknie słów. A mimo to zrozumieć zdołamy. Paradoks?
Słowa przybliżają, a zarazem oddalają, dotykają tylko jednej sfery. Kiedy zmieniają się w znaki. Jednak jako symbole mogą odkrywać coś więcej. Czego jednak w pełni nie opiszemy.
Bardzo dobrze.
Należy się pogodzić z tym, że są takie sprawy, których się nie dookreśla.
Całe szczęście.
Od kilku miesięcy nic już nie dopisuję do Gryfa.
Czyli skończony.
Wypiję za to.
Ale wracam do kwestii języka Gryfa. On mówi o czymś innym niż nasz świat, zatem by to inne poznać, chcąc nie chcąc, musimy poddać się dyktatowi języka, jakim to mówione. Porównajmy to do znanej nam rzeczywistości. Czyli różnych języków, które mają zwroty sobie właściwe – idiomy, nie tłumaczymy ich wprost, bo pojawia się idiotyczny przekaz, szukamy dla nich odnośników w używanym przez nas języku. Jeśli będziemy upierać się przy swoim, nie poznamy innego. I tu konkluzja, a raczej problem: czego chcemy i jacy jesteśmy.
Chcemy posługiwać się tylko obeznanymi narzędziami? Zrobimy tylko to, co nam wychodzi. Młotkiem nie wyheblujemy deski.
To próby tak z góry skazane na niepowodzenie jak naprawianie oprogramowania za pomocą śrubokręta. Podziwiam nieskażoną refleksją wiarę tych, którzy mają przekonanie w skuteczność takich zabiegów.
Chcemy poznawać tylko to, co znamy? Zapomnijcie o nas odmienne kultury. Samuraje i Maorysi.
Jeśli tak, to wynika z tego, że nie stać nas na bycie otwartymi, bo pozostając tylko przy własnym, na to inne po prostu jesteśmy zamknięci. Bezpieczni jak w sejfie. Mamoniowie, którym podobają się tylko już obeznane piosenki.
Język w Gryfie jest na tyle elementem składowym świata przedstawionego, że ten świat bez niego po prostu nie istnieje.
I jeszcze jeden drobiazg
By dało się czytać Gryfa, przedstawianiu Gryppina musiałem przeciwstawić takie sceny, które łagodziłyby obcowanie z tym bubkiem. Zwykle wtedy pojawiają się inne postacie.
W stosunku do Gryppina przyjąłem założenie, że nie będzie on sympatyczny. Wręcz przeciwnie. Ale nie popełniający zbrodni, wolałem, by były to codzienne przypadłości, bo nawet nie występki. Małe podłostki. Tak konstruowałem tę postać.
Tyle teorii.
A wiadomo, że lepiej opierać się na konkrecie.
Przypadkiem rozejrzałem się wokół siebie.
Boże, po co tak się męczyłem!
Gryppin to obraz Polaka współczesnego. Z taką różnicą, że obecny Polak to tchórz. Boi się wszystkiego. Jego motto to oby się nie wychylać, bo nastąpi koniec świata. Gryppin może przesadnie odważny nie jest, w końcu mistrzom daje się zastraszyć, jednakże ze strachu nie dygocze. W zasadzie to jedyna różnica między nim, a zamkniętym w jednej postaci obrazem nas jako zbiorowości.
Wychodzi na to, że wynalazłem fantasy socjologiczne.
Nie do końca oczywiście, bo chociaż głównego bohatera opisałem, mając przed oczyma otaczającą nas rzeczywistość, to jego losów nie zamknąłbym w doświadczeniu przeciętnego Polaka. To że zachowuje się zgodnie ze wzorcem mieszkańca kraju nad Wisłą nie oznacza, że to co mu się przydarzyło, spotyka nas.
Szkoda.
Bo przecież poradził sobie niezgorzej.
Etykiety: dodatek o strukturze, Serce Gryfa
